środa, 29 kwietnia 2015

Rozdział II


Stoimy przed drzwiami do naszego nowego mieszkania. Po długim i relaksującym locie w II klasie czuję się wypoczęta choć zegarek wskazuje czwartą nad ranem.
- Gotowa?- szepcze Bliss.
 - Jeszczcze pytasz?- mówię i sięgam do klamki.
Nie wiemy jak wygląda mieszkanie. Rodzice Bli już przedtem je posiadali, poprostu dopiero teraz tak naprawdę się przydało.
Wchodzimy do środka.
Pierwsze co zwraca moją uwagę to jasność i przejrzystość tego pomieszczenia. Trzy ściany pomalowane są na biało, jedna, za kanapą i fotelem ze skóry w kolorze ékri, wyłożona ciemnym drewnem. Przy sofie  mieści się stolik z takiego samego materiału. Naprzeciwko wisi na ścianie duża i nie używana plazma. Na jednej za ścian znajduje się okno od podłogi do sufitu i drzwi na balkon. Za szklanymi, przesuwanymi drzwiami znajduje się kuchnia, barek i mały stół, wszystko w kolorach bieli i drewna.
- Super- krzyczy zachwycona Bliss i rzuca się nq kanapę z impetem- Mamy najfajniejsze mieszkenie. Założę się.
Uśmiecham się i siadam na fotelu. Wszystkie moje mięśnie odprężają się, a gonitwa myśli uspokaja.
Bliss wstaje i podchodzi do prostych drzwi z ciemnego drewna. Zagląda do środka po czym szczerzy się do mnie.
 - To chyba twój mówi- a ja wstaje i podbiegam do niej i łapie za klamkę. Otwieram drzwi i zaglądam do pomieszczenia. Jest odrobinę mniejsze niż mój pokój w Kansas. Ściany mają kolor zimnej bieli podobnie jak ramy łóżka i biórko. Pościel, narzuta i duży, ciągnący się przez całą ścianę regał wypełniony książkami są czarne jak smoła.
Niewidzę szafy.
Podchodzę do ściany i zauważam mały ukryty przycisk. Gdyby ktoś go nie szukał, nie byłoby możliwości go zobaczyć.
Wciskam go a regał się rozstępuje. Dosłownie. Dzieli się na dwie części. Patrzę w miejsce gdzie powinna być ściana. Nie ma tak jednak ściany.
Znajduje się tam garderoba trochę tylko mniejsza od sypialni. Po obu stronach ciągnął się wieszaki, póki szuflady z sukniami, spódnicami, koszulami, spodniami, płaszczami, kurtkami, bielizną i całymi tonami butów. Od czółenek i sandałków, po buty w stylu Bli, jej ulubione glany. Na ścianie naprzeciwko wisi wielkie lustro zajmujące całą jej powierzchnie. Po środku pomieszczenia stoi duża biała pufa potrafiąca z pewnością pomieścić minimum osiem osób.
Znajduję ukryte drzwi do łazienki w odcieniach czerni,szarości i bieli. Własna łazienka. Własna garderoba.
Nie jestem pewna czym sobie na to zasłużyłam.
°•°
- Zgłodniałam.
Po  rozpakowaniu się, długiej rozmowie z Carą i rozpracowaniu kablówki siedzimy na kanapie i przy włączonym programie kulinarnym rozmawiamy o niezależności i dniu dzisiejszym. Od posiłku przed odlotem na lotnisku zjadłyśmy tylko orzeszki i wypiłyśmy butelkę wody.
Słyszę głośno burczący brzuch Bli. A może to mój brzuch?
- Tak. Zdecydowanie zgłodniałam.
- Ja też. Pierwsze Nowojorskie zakupy?
- A jak- odpowiada Bli z uśmiechem.
- Może najpierw prysznic? Przebierzemy się i pójdziemy wszystko obejrzeć?- proponuję.
Obie mamy na sobie dresy i rozciągnięte koszulki.
- Nie mogę się doczekać oglądania tego wielkiego miasta pełnego heavy metalowych przystoniaków. Achoj przygodo! - woła biegnąc do swojego pokoju o wyglądzie niemal identycznym jak mój. Jednak ona zamiast książek ma setki płyt.
Wchodzę do łazienki i ssuwam się po drzwiach na podłogę. Przykładam do twarzy ręce. Zrywam maskę. Wreszcie w domu. Nie pokazuję nikomu "mnie" prawdziwej. To jest zarezerwowane dla mnie i tyko dla mnie. Bliss też nie zna mojej drugiej natury. Prawdziwej natury. To smutna strona mojej osobowości.
Płacze i myślę o tym jak wiele łez może mieścić się w oczach kobiety.
Płacze i myślę po co właściwie to robię.
Płacze i myślę dlaczego właściwie to robię.
Nie wiem.
Wstaje z podłogii ocieram łzy. Zdejmuje z siebie dresy i koszulkę po czym pozbywać się neonoworóżowej bielizny. Patrzę w wielkie lustro i dostrzegam w nim dziewczynę z rozmazanym makijażem i bliznami na udach. Starymi na całym ciele i śladami po igle nawewnętrznej stronie łokcia.
Ta dziewczyna to ja. Te blizny to ja. Te ślady to ja. Niektóre z nich są stare, niektóre nie, a niektóre całkowicie nowe. Te właśnie chowam na udach. Nie chciałabym żeby Bliss się dowiedziała.
Kiedyś z tym skończę i nie będzie nic widać. Nie pozna się. A kiedyś na pewno skończę.
Ale naradzie nie jeszcze nie. Nie jestem gotowa.
Na szyi mam złoty łańcuszek.
Wchodzę pod prysznic i czekam na ciepłą wodę. Zimna woda jest zła. Zimno to symbol zła. W piekle jest zimno. Nie lubię zimy. Ani nic z tym związanego.
Gdy zaczyna lecieć ukrop wchodzę pod natrysk i czuję jak moja skóra się buntuje. Moja skóra nie lubi parującej wody. Tak mi się zdaje. Ale ona nie ma nic do gadania.
Namydlam się kokosowym płynem do ciała i rozkoszuję się moją pełną wybrzuszeń skórą. Badam ją opuszkami. Badam je opuszkami. Zachwycają mnie. Podobają mi się, choć niektórym ludziom może wydać się to głupie. Nigdy nie wstydził am się swojej przeszłości, lecz i tak z przyzwyczajenia noszę grube rajstopy i długie rękawy. Nosiłam takie aby nikt w szkole się nie dowiedział. Bałam się. Obchodziła mnie opinia ludzi. Już nie. Ludzie to pijawki. Wysysają z ciebie dobro i wrażliwość. Moją też wyssali. Została pustka. Pusta pustka.
Wychodzę zpod prysznica i wycieram się miękkim ręcznikiem. Mimo tego podrażnia moją spażoną skórę. Kiedy jestem już sucha przechodzi do garderoby i ubieram się w czarną, wygodną bieliznę, bluzkę przed pępek z NY Knicks, ciemne dziórawe dżinsy z wysokim stanem i pomarańczowe Lebrony. Spodnie zasłaniają mój brzuch. Nikt nie będzie wiedział jeżeli nie spojrzy uważanie na moją szyje. W moim mieście wszyscy już wiedzieli. Tu też będą wiedzieć ale postarał się to opóźnić.
Ramiona! Mam odsłonięte ramiona. Szybko narzucam na siebie dżinsową, krótką kurteczkę która, nawiasem mówiąc osłania całe moje ręce.
Maluję się, czeszę, wychodzę z mojego pokoju i wchodzę do salonu. Bli ma na sobie taką samą bluzkę, czarne zbyt krótkie spodenki i glany. Tyle że te są z pewnością niższe i bardziej błyszczące. Jej ubranie odsłania dużo dobrze wyrzeźbionego i szczupłe go ciała. Od czasu gdy się poznałyśmy sporo urosły jej piersi i w rzeczywistości w chwili obecnej ma większe niż ja, choć napewno Bóg nie obdarował mnie na zbyt chojnie. Jej widać pępek. I nieprzyzwoity czarny kolczyk. Bliss jest prawdziwą kobietą. Choć nadal jest za szczupła. A biust nadal nie jest proporcjonalny do jej wzrostu.
Bli uśmiecha się na widok mojej bluzki.
- Charaktery inne ale gust nadal taki sam.
Patrzę znacząco na jej glany.
- Wypraszam sobie. Mój jest nieporównywalnie lepszy.
- Poczekać tylko. Kiedy tylko będą ci pasować do stroju, założysz je.
Wybuchał śmiechem.
- Chyba śnisz- mówię, chic wiem że to prawda. Zrobiłabym wszystko dla mody. Bli dobrze o tym wie.
- Przecież cię znam współmieszkaczko.
- Idźmy na te zakupy.- przerywam.
Bliss podnosi do góry ręce i krzyczy:
- Masz rację! Mam ochotę na ostry podryw. - patrzy na mnie z udawanym zmartwieniem- Aby, jesteś gotowa podbić Nowy Jork?
- A jak myślisz?
°•°
Wracamy. Nowy Jork jest piękny. Lampy idealnie podkreślają urok Nowojorskich ulic pełnych nocą gwałcicieli, prostytutek i przestępców. Urocze miasto.
-Cycki, dupa, życie!- krzyczy Bliss, a ja wybucham śmiechem. To moja nie okiełznana, kochana Bliss.
-Nie wiem czy wyjdę z tobą kiedykolwiek na miasto, Bli. Nie wiem czy wytrzymam to psychicznie.
A ona łapie mnie za ramiona i krzyczy:
- Dasz radę kobieto!
Śmieję się z niej.
- A miłe panie na pewno nie są stąd, czy się mylę?
Drogę zastępuje nam dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ten który się odezwał, ma gęste, brązowe włosy i piękne głębokie oczy w kolorze...turkusu? Nie wiem, to dziwne oczy. Jego rysy są ostre wręcz doskonałe. Stworzony z matematyczną dokładnością. Jego ubrania są...są...jakby miał słabość do jakiejś stylistki i zapraszał ją codziennie do domu. I są bardzo drogie. Można zobaczyć to na pierwszy rzut oka. Choć może tylko mi jest tak łatwo. W końcu przez całe życie obracałam się wokół takich marek jak Prada i projektantów jak Armani. Wspomniany mężczyzna był dobrym przyjacielem mojego taty.
Drugi jest trochę niższy od Pana Doskonałego. Ma utleniane blond włosy postawione na żel i jest ubrany w podobny sposób. Wyższe sfery. Nasz poziom.
- Nie nie myli się pan i panie szukają dwóch dzielnych mężczyzn którzy pokażą im okolicę.- mówi Bli z szerokim uśmiechem.
- Nie, ale panie właśnie zmierzają do domu z zakupami z zamiarem zrobienia sobie obiadu.- mowie, nie ufam przystojnym mężczyznom. A szczególnie bogatym i przystojnym mężczyznom.
- A może my, wielce dzielni mężczyźni pomożemy paniom zanieść zakupy i zabrali je na obiad?- pyta Pan Doskonały nr2 z uśmiechem gwałciciela. Ach ten Nowy York.
Bliss chyba zauważa że coś jest nie tak i mówi od razu:
- Może kiedy indziej, naradzie idziemy na obiad- mruga do nich zalotnie po czym odwraca się do mnie z udawaną przerażoną miną, łapie za rękę i ciągnie w stronę mieszkania omijając mężczyzn. Ja wybucham śmiechem.
-Chyba polubie to miasto- mówię wciąż hichocząc. Bli patrzy na mnie jak na idiotkę.
- Odbiło ci!? Naprawdę się przestraszyłam- mówi z wyrzutem.
- Oj Bliss, raz odważna i głupia, innym razem tchurzliwa i rezolutna. Moja Bliss... Przecież nic sie nie działo- mrugam do niej.
- Ale ten uśmiech...- Bli wstrząsa się i wybucha śmiechem- ale mieli uśmiechy, nie? Jakbyśmy były ciastkami z nadzieniem czekoladowym!- śmiejemy sie idąc ulicą i choć dopiero przyjechałyśmy to czuje się jak u siebie.
Spacerkiem dochodzimy do naszego apartamentu i wchodzimy do holu.
- Panno Wersome, panno Showapart.- wita się z nami ochroniarz, wysoki, dobrze zbudowany brunet, z spokojnym i zdystansowanym uśmiechem.
- Panie Tomilson.- odpowiadamy i kiwamy głowami, po czym podchodzimy do windy w po wpisaniu kodu jedziemy do mieszkania znajdującego się na 76 piętrze. Droga jest dość długa ale czas umila nam Mick Jagger, wokalista Rolling Stons'ów. Znajdując się już u naszych drzwi wpisujemy wbrew pozorom dość prosty do zapamiętania kod i wchodzimy do środka.
- To co gotujemy, Księżniczko? - pyta Bli, a ja po krótkim zastanowieniu postanawiam zrobić pieczona bakietkę z łososiem, mozarellą i przyprawami.
°•°
- Czy myślisz że ten piekarnik ma auto wyłączanie? - pyta Bliss kiedy obie siedzimy na kanapie oglądając dość denne hiszpańskie telenowele.
- Dlaczego pytasz? - Bli już otwiera buzie kiedy ja przypominam sobie o bagietkach.
- Cholera! Cholera...cholera...cholera...- mówię biegnąc ile sił w nogach do kuchni.
Otwieram piekarnik, a gorąca i śmierdząca spalenizną para parzy mi nos.- Cholera! Bliss! Sprawdź gdzie jest najbliższa restauracja i bar! Idziemy się najeść i upić!
________________________________________________________________
Hej :) jeśli ktoś czyta to mógłby skomentować? Wierzcie że to daje kopa :) pisałabym dalej, a jak narazie to nie wiem czy pisać dalej czy sobie odpuścić :) a chciałabym kontynuować :) z góry dziękuję i mam nadzieje że jak narazie nie jest zbyt dużo błędów i da się czytać :)))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz