niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział I

Moja świrolog Gena Wersome parska śmiechem.
 -Ależ nie, Abby. Kończymy terapię. Wiem z doświadczenia, że taki wyjazd i nowy początek pomagają.
Z iskierką rozbawienie w oczach patrzy na mnie spod grubych oprawek eleganckich okularów i wykonuje często u niej zauważalny, dziwny i nienaturalny ruch ręką.
 -Mi już nie trzeba pomagać. Mam się dobrze. Mam wielu przyjaciół, znajomych. Jest Okej.
No dobrze, może trochę przesadzam. Mam jedną przyjaciółkę. Bliss jest wysoką, "płaską" brunetką o niewyraźnych, szarych oczach. Jesteśmy przyjaciółkami od II klasy gimnazjum. Wtedy ode mnie, jednej z najbardziej znanych i lubianych osób w szkole odwrócili się wszyscy. Dawna elita ludzi uprzywilejowanych by podziwiać mnie z bliska i napawać się moją wspaniałością znalazła sobie inny obiekt adoracji. Kiedy to mój były chłopak, Gus, stwierdził że nie ma nigdy ochoty oglądać na oczy mnie, zwykłej i nie radzącej sobie z własnymi problemami ćpunki. Mój tata, jedyny mężczyzna w moim życiu, który mnie szanował i znosił moje humory, odszedł i został zakopany sześć stóp pod ziemią jak każdy inny pechowiec któremu na środku drogi zaczął szwankować hamulec. Nic nie trzeba robić żeby umrzeć.
                Żeby żyć natomiast trzeba robić wiele rzeczy. Główną jest oddychanie. Ja nawet z tym sobie nie radziłam.
                I wtedy kiedy wszyscy mnie opuścili i opuściła mnie nadzieja że wygrzebię się z tego dołka do szkoły weszła ona.
                Długi czarny sweter sięgający do połowy uda, oliwkowa spódnica do kostek, wojskowe, czarne, ciężkie buty, włosy jak siano, blada twarz bez kszty nawet podkładu.
                Wiedziałam że muszę się nią zaopiekować. W końcu to ona zaopiekowała się mną.
                - Słyszałam już tą gadkę Abby. Słyszałam też że Bliss wybiera się z tobą do Nowego Jorku.
 - Ach, tak. Nie mogłaby mnie zostawić. Bliss jest taka kochana.
 - Możesz do mnie dzwonić kiedy będziesz miała jakiś problem. Wiesz co masz robić kiedy  najdzie cię ochota.
- Pamiętam. - w moim oku zakręciła się łza-Gena, chcę ci podziękować. To co dla mnie zrobiłaś... Wiec że bardzo mu pomogłaś  i bez ciebie nie dałabym sobie rady. Będę dzwonić.
 - Liczę na ciebie dziecko. Trzymaj się Bliss. Ma ona głowę na karku. Wyciągnie cię z każdych tarapatów.
                I nagle z hukiem otwierają się drewniane białe drzwi gabinetu, a do środka wpada wysoka, ubrana w swoje stare czarne glany, czarne obcisłe rurki, skórzaną kurtkę i bordowy T-Shirt z logo Lirkin Park, z rozwianymi włosami do pasa Bliss. Podchodzi do mnie w skrzypiących ciężkich butach, obejmuje mnie i krzyczy do ucha:
 - Cześć Księżniczko- rozsiada się na krześle obok mnie i wyszczerza się do mnie.
 - O wilku mowa.- mówi świrolog do swojej bratanicy- skarbie, mogłabyś proszę zdjąć z biurka nogi.
 - Nie ma sprawy ciociu.
 - Dziękuję- jest autentycznie wdzięczna.
 - Zawsze do usług- uśmiech nie schodzi jej z twarzy- Musimy się zbierać Księżniczko. Wieczorem rodzice zawiozą nas na lotnisko. Mamy nocny lot. Przynajmniej się wyśpimy. Pożegnajcie się i jedziemy. Trzeba się jeszcze spakować.
                Ale ja już wstaje i podchodzę do Geny. Ściskam ją jak najmocniej się da i cicho dziękuję. Bliss śmieje się i woła mnie z drzwi. Jeszcze raz ściskam ją i idę w moich haberkowych czółenkach za nią. W drodze przez korytarz zakładam na siebie beżowy płaszczyk od Armaniego i zapinam jeden guzik.
                - To co Księżniczko idziemy na lody?- pyta się nadal rozbawiona Bliss.
 - Po pierwsze, prosiłam cię żebyś tak do mnie nie mówiła. Po drugie, nie uważasz że jest trochę za zimno na lody. Mamy z 10°C.
 - Czy naprawdę myślisz że jakaś głupia temperatura powietrza mogłaby mnie powstrzymać przed zjedzeniem ostatniej porcji lodów u Henry'ego?
 - Masz racje, co mnie napadło?
 - Nie mam pojęcia.
Więc idziemy roześmiane do czarnego Audi. Bliss siada za kierownicą a ja w fotelu pasażera. Otwieram lusterko i maluję swoje pełne, różowe usta błyszczykiem. Oglądam swój idealny makijaż, a Bli w tym czasie zapala samochód i włącza się do ruchu. Auto mknie gładko po szosie.
                Wkrótce zajeżdżamy na mały parking przed kawiarnią Uncle Henry. Gdy wchodzimy do budynku zerkam na swoje odbicie w szklanej szybie. Widzę w niej ładną, choć z przy dużym nosem, dziewczynę ubraną w płaszczyk, delikatną białą koszulę przez którą widać biustonosz z Victoria's Secret. Włożona jest ona w przewiewną plisowaną spódniczkę sięgającą do połowy uda.
                 - Och, przestań. Przecież wiesz że kiedy razem gdzieś wychodzimy to i tak wszyscy podziwiają mnie.
Śmiejemy się i wchodzimy do kawiarni. Podchodzimy do stolika i siadamy. Ja po królewsku, prosto i delikatnie. Bliss wręcz kładzie się na kanapie. Właściciel restauracji patrzy się na nas spodełba.
 - Chyba nas nie lubi- chichoczę.
 - Właśnie dlatego tu przychodzimy- śmieje się- Pomyśl, czy nie byłoby nudno gdyby był dla nas miły. Tak, chociaż mogę go denerwować.
Dziewczyna nagle wyjmuje z kieszeni swojego Black Berry.
 - Halo?...Tak mamo, jesteśmy u Henry'ego....Jest zachwycony.-śmieje się Bliss-...Ostatnia porcja lodów....Tak, po wyjściu wracamy do domu...Będziemy się pakować...Tak mogłabyś...Dzięki...No cześć.
 - Co chciała Cara.- pytam z ciekawości. Zazwyczaj rodzice się o nią, nas nie martwią.
 - Spytała się kiedy wracamy - w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie, wzrusza ramionami- Uprasuje nam ubrania.
 - Miło z jej strony.- mówię.
 - Taa...
                Zamawiamy Niespadziankowy Kubełek i rozmawiamy, ale o 15 zaczynamy się zabierać.
 - Dowidzenia Henry, będziemy tęsknić! - krzyczymy wychodząc i biegniemy do samochodu. Jedziemy do dzielnicy nowych, zadbanych domów bogatych rodzin pokroju Wirsome'ów. Tata Bliss, Bob, dostał w stanach bardzo atrakcyjną ofertę pracy. Bob jest kardiologiem i jest dobry w swoim zawodzie. Cara jest jednym z najlepszych prawników w Kansas . Co tu dużo mówić. Bliss jest bogata. Ja jestem bogata. Po śmierci taty zostałam oddana do domu dziecka co było najokropniejszym doświadczeniem w moim życiu.Ale kiedy na scenę weszła Bli, a jej rodzice po kilku miesiącach mnie adoptowali moje życie zmieniło się o 180°.
                Wjeżdżamy na podjazd i a kierowca parkuje w najdalszym zakątku parkingu. Wchodzimy wejściem prowadzącym od garażu do drobnej kotłowni, a stamtąd do przedpokoju. Zdejmuję płaszcz i wieszam go na wieszaku obok kurtki siostry Udajemy się do salonu i witamy się z mamą. Następnie biorę na ręce Prezesa Wonsa, naszego czarnego, puchatego i ciężkiego kota z białymi wąsami. Idę pięknymi, szerokimi schodami do części sypialnianej. Cara po ciężkim porodzie Bliss nie może mieć więcej dzieci, ja natomiast zajęłam pokój gościnny mieszczący się obok pokoju Bli. To nam bardzo na rękę, choć i tak spędzamy cały czas w jej królestwie. Wchodzę do mojego. Po prawej stronie szerokie, dwu osobowe łóżko z setką koronkowych poduszek i pudrowo różowym baldachimem, przy jego dolnej części biała krótka sofa obszywana także grubą koronką. Z prawej strony stoi białe biórko z białego drewna. Obok niego znajduje regał z tysiącami książek. Naprzeciwka przez okno zajmujące całą ścianę widać sadzawkę, girl i altankę po drugiej stronie domu. Na prawej stronie ściany, którą zajmują drzwi wisi wielkie lustro i stoi toaletka z toną kosmetyków. Obok regału mieszczą się ukryte drzwi do wspólnej garderoby, mojej i Bliss, a z niej do dużej łazienki.
                Rzucam się na łóżko z Prezesem a on z piskiem ucieka pod biurko. Rozglądam się. Choć nie długo dane mi było mieszkać w tym domu to będę za nim tęsknić.
                Wsaję i powoli udaję się do garderoby. W niej na podłodze siedzi już Bli i otwiera po kolei wszystkie kieszonki walizki. Mój kot przemyka się pomiędzy moimi nogami a ja zamykam drzwi obite jasno różowym zamszem. Bliss podnosi wzrok.

- Czy nie dało się zrobić jednej kieszonki ja się pytam? Po co komu tyle miejsca?- mówi z wyrzutem a ja wybuchem śmiechem. Jej walizka ma chyba z 10 przegrudek. Jest czarna w bordowe paski.
 - Zwariowali- mówię.
 - Ty masz o wiele fajniejszą Księżniczko, zobacz- wskazuje palcem na róg pomieszczenia, a ja zauważam różową dużą walizkę z dwoma czerwonymi sercami w lewym górnym rogu. Podchodzę do niej i zaglądam do środka. Dwie przegrody, jedna duża na ubrania, a druga umacniana której przeznaczeniem najprawdopodobniej są książki. Na dnie leży białe pudełeczko. Wyjmuję je delikatnie.
                 - Co to?- pytam.
Bliss wzrusza ramionami.
 - Dostałam takie samo. Chciałam poczekać na ciebie z otwarciem. Siadaj.
Kucam naprzeciwko niej, a ona bierze swoje zza pleców.
                Powoli podnoszę wieczko a moim oczom ukazuje się piękny złoty naszyjnik. Na delikatnym a zarazem solidnym łańcuszku dynda zawieszka z wysadzanym jakimiś szlachetnymi kamieniami dużym A. Siedzę oniemiała. Powoli zerkam na Bli. Trzyma ona łańcuszek taki sam jak mój. Z tą różnicą że ona posiada literkę B.
 - Piękny- odzywam się pierwsza.
                Dawno nie widziałam jej tak zaskoczonej. Nie spodziewała się.
 - Wow- mówi tylko.
 - Bliss?- zera na mnie pytająco -zamieńmy się.
 - Dobrze. Tak. Dobry pomysł.- i podaje mi swój naszyjnik a ja wyciągam do niej rękę z moim.
                Gdy łańcuszki mamy już zapięte na szyjach wybiegamy z garderoby do pokoju Bliss, stamtąd na korytarz i do gabinetu Cary. Rzucamy się jej na szyję.
                - Wnioskuję z tego że walizki się podobają- śmieje się nam do uszu.
 - Owszem- odpowiadamy w tym samym czasie i chichoczemy. - Dziękujemy- mówimy znów równocześnie i razem z Carą zaczynamy się śmiać.
 - To wspaniale bo zwrotów nie przyjmują- mówi.
                Dziękujemy jej jeszcze raz i udajemy się z powrotem do garderoby.
                Pakujemy połowę całej garderoby, cztery kosmetyczki, a ja wkładam do oddzielnej przegrody sześć moich ulubionych książek.
                Udajemy się każda do swojego pokoju. Wrzucam jeszcze do bocznej kieszonki tabletki antykoncepcyjne,trzy słoiczki witamin i mini kosmetyczkę. Przebieram się w jasne dżinsy boyfriend, beżowy sweter i czarne skórzane botki. Podchodzę do toaletki , kręce długie włosy o kolorze złota i spinam je w kucyk. Następnie poprawiam makijaż i wychodzę z pokoju w tym samym czasie co Bliss.
                Jest ubrana w te same czarne dżinsy i koszulę w kratę w kolorach odcieni czerwieni, na nogach ma wysokie, czarne skórzane i niesamowicie wygodne buty na klamerki pod kolano. Włosy ma ułożone w z pozoru niechlujny kok, a na głowie ma zawiązaną czerwoną bandame. Pod oczami ma ciemną kreskę, a usta czerwone jak truskawki.
 - Wygląda pani bardzo seksownie, panno Wersome.- mówię.
 - Pani również panno Showpart- uśmiecha się do mnie.
Nie przyjęłam ich nazwiska ponieważ chciałam aby chociaż to pozostało po tacie na tym świecie. To mój hołd złożony dla niego.
 - Jest pani gotowa podbijać Nowy Jork?- pyta.
A ja odpowiadam.

 - Zdecydowanie.

Prolog

   "Samotność to dziwna rzecz.
Zakrada się cicho i niepostrzeżenie. Siada obok ciebie w ciemności. Głaszcze
cię po włosach, kiedy śpisz. Owija się wokół twojego ciała i zaciska się tak mocno, że
brakuje ci tchu, że zamiera twój puls, choć krew płynie coraz szybciej. Dotyka ustami
miękkich włosków na twoim karku. Zostawia kłamstwa w twoim sercu, kładzie się w
nocy w twoim łóżku, wysysa światło z każdego kąta. Nie odstępuje cię na krok,
kurczowo trzyma cię za rękę tylko po to, żeby jednym szarpnięciem pociągnąć cię w
dół, kiedy usiłujesz się podnieść.
Budzisz się, nie wiedząc, kim jesteś. Zasypiasz, drżąc na całym ciele. Wątpisz
wątpisz wątpisz
czy jestem
czy nie jestem
czy mogę
czy mi wolno
A kiedy sądzisz, że jesteś gotów odejść, że jesteś gotów się uwolnić, zacząć od
nowa, samotność jak stary znajomy staje obok twojego odbicia w lustrze i patrząc ci
prosto w oczy, mówi: no dalej, spróbuj przeżyć życie beze mnie. Nie znajdujesz słów,
żeby bronić się przed samym sobą, przed głosem, który powtarza, że nie jesteś
wystarczająco dobry nigdy nigdy nigdy nie będziesz wystarczająco dobry.
Samotność to zgorzkniały, żałosny towarzysz.
Zdarza się, że po prostu nie odpuści."

Tahereh Mafi
"Sekret Julii"