niedziela, 3 maja 2015
Rozdział III
-Nie było aż tak źle, prawda?- pyta mnie blada jak ściana Bliss, która po dłuższym czasie wychodzi z łazienki.
-A bo ja wiem...-moją wypowiedź przerywa mi ostry ból głowy. Z wczorajszego wyjścia na obiad pamietam tylko drogę do niewielkiego baru w samym centrum Nowego Jorku. Mojego łososia, pieczeń Bliss i pierwszą kolejkę drinków. Po stanie mojej ukochanej współlokatorki mogę powiedzieć że wypiła dużo więcej ode mnie. Nie raz widziałem ją na kacu, ale nie na aż takim...
-Abby, czy może wiesz czyj to numer?- Bliss pokazuje mi swój telefon, na ekranie którego widnieje nieznany numer i liczba nieodebranych wiadomości. Jest ich 234 i 98 nieodebranych połączeń.
-Uuu, panno Wersome, widzę iż pani pozwoliła sobie wczoraj na delikatny flirt. Dlaczego pani, nie przeczyta wiadomości od tajemniczego wielbiciela.-dokuczam mojej przyjaciółce, a ona zerka na mnie wzrokiem typu "chcę cię zabić" i wyrywa mi z ręki swojego Black Berry.
-Na dziesiątej przerwałam- mówi Bliss chowając swoją głowę w jedwabnej, białej poduszce. W tym samym czasie wybucham śmiechem. Mocny ból głowy szybko znikną i naszła mnie nieopanowana ochota na przeczytanie tych sms' ów.
-Oj, skarbie wybacz mi.- kładę się obok Bliss. Głaszczę ją po głowie, a ta nie może się uchronić od znienawidzonego gestu przez swój stan-pożycz mi telefon, muszę coś sprawdzić.
-Przecież masz swój.-odpowiada mi bezuczuciowo.
-Ale nie chcę mi się po niego iść. Proszę- przeciągam ostatni wyraz, a ona wręcza mi swojego smartfona. Siadam naprzeciw niej. I otwieram pierwszą wiodomość od tajemniczego amanta.
-„Droga Bliss, ostatniej nocy dużo o nas myślałem. Kocham twój nieokiełznany charakter i dzikie oczy. Chcę cię jeszcze spotkać. Tylko twój, Joahn” Widzę droga panno Wersome że tylko twój John, stęsknił się za twoją nieokiełznaną dziczą.-śmieję się. Moja współlokatorka zakrywa twarz poduszką.
-Oddaj ten telefon. Drugi raz nie będę prosić.-grozi mi Bliss. Posłusznie wręczam telefon do jej reki i kieruję się w stronę łazienki. Muszę pójść na zakupy i kupić rzecz na obiad. Na początku się trochę ogarnę. Zdejmuję ubranie i wchodzę pod prysznic. Nie patrzę na swoje ciało. Nie mam ochoty na łzy. Chciałabym z tym skończyć, ale nie mogę. To jedyny sposób na pozbycie się problemów. One wypływają wraz z krwią. Chociaż nie. Nie oszukujmy się. To strach. Te blizny to strach, boję się innych. Chcę im powiedzieć o tym co czuję, ale się boję, więc robie to żeby sami zauważyli, a potem tego żałuję i koło się powtarza. Moje życie jest bez sensu, gdyby nie Bliss pewnie dawno by mnie tu nie było. Wychodzę spod prysznica i wycieram ręcznikiem swoje delikatne ciało. Zakładam na siebie stara rozciągnięta koszulkę w kolorze czarnym i zaczynam suszyć swoje włosy. Ta czynność zajmuje mi około 15 minut po czym upinam je w niedbałego koka. Szybko biegnę do garderoby i zamykam ją siadając na sofie. Przeglądam najróżniejsze ubrania i nie mogę się zdecydować co założyć. Ostatecznie ubieram się w jasne rurki, limonkową bluzkę, białe convers’y i dzinsową kurtkę z dresowymi rękawami i kapturem. Biorę swoją starą czarną torebkę na ramię i okulary przeciwsłoneczne. Powiadamiam Bliss że idę coś kupic, a ona tylko kiwa głową przerzucając kanały w telewizji. Wychodząc z mieszkania zamykam drzwi na klucz i na korytarzu spotykam naszą sąsiadkę pania Willson. Na oko ma osiemdziesiąt lat. Ciekawe co taka starsza pani robi w takiej bogatej dzielnicy. Wydaje mi się że jej jedynym towarzyszem życiowym jest jej pies na którego, jak zdążyłam zauważyc, woła Linki.
- Dzień dobry pani Willson.- mówię do niej z szerokim uśmiechem na twarzy, który ona odwzajemnia.
-Witaj panno- starsza pani zerka na moje drzwi, a potem na swoje. Brak tabliczki wprowadza ją w widoczne zakłopotanie.
-Och, nazywam się Abby Showpart, a moja współlokatorka to Bliss Wersome. Wprowadziłyśmy się tu wczoraj.
-Miło mi, zapewniam was że będzie się wam dobrze mieszkało.-powiadamia mnie moja sąsiadka i wchodzi do swojego mieszkania. Jej York plącze się pod nogami staruszki, która o mało nie potyka się o własne nogi, po chwili gada coś do Linkiego co powoduje u mnie delikatny chichot. Pani Willson wściekła zamyka drzwi swojego apartamentu. I znika z moich oczu za dębowymi drzwiami. Uśmiechnięta wsiadam do windy. Leci w niej denna muzyczka, która pomimo tego nie może wylecieć później człowiekowi z głowy. Żeby zagłuszyć denerwującą melodię włączam jakąś piosenkę w telefonie. Zaczynam ją nucić, gdy nagle do niej wbija pan przystojny. Kiedy go zobaczyłam zamarłam a nogi zrobiły mi się z waty. Najpierw odwraca się w stronę przycisków, a gdy zauważa że przycisk parteru jest włączona, odwraca się w stronę swojego towarzysza którym okazuję się ja. Niestety ja. Patrzy się na mnie i uśmiecha się pewnie siebie.
-Witaj koleżanko.
-Cześć-odpowiadam delikatnie speszona. Coś czuję że moja wielka Nowojorska przygoda dopiero się zaczyna.
-Gdzie się wybierasz?
-Idę na zakupy-odpowiadam sucho, bo nie ukrywam że delikatnie się boję pana przystojnego, zwłaszcza gdy jestem z nim sam na sam.
-Super, przejdę się z tobą, nie mam nic do roboty. To co, może opowiesz mi coś o sobie?- o nie.
środa, 29 kwietnia 2015
Rozdział II
Stoimy przed drzwiami do naszego nowego mieszkania. Po długim i relaksującym locie w II klasie czuję się wypoczęta choć zegarek wskazuje czwartą nad ranem.
- Gotowa?- szepcze Bliss.
- Jeszczcze pytasz?- mówię i sięgam do klamki.
Nie wiemy jak wygląda mieszkanie. Rodzice Bli już przedtem je posiadali, poprostu dopiero teraz tak naprawdę się przydało.
Wchodzimy do środka.
Pierwsze co zwraca moją uwagę to jasność i przejrzystość tego pomieszczenia. Trzy ściany pomalowane są na biało, jedna, za kanapą i fotelem ze skóry w kolorze ékri, wyłożona ciemnym drewnem. Przy sofie mieści się stolik z takiego samego materiału. Naprzeciwko wisi na ścianie duża i nie używana plazma. Na jednej za ścian znajduje się okno od podłogi do sufitu i drzwi na balkon. Za szklanymi, przesuwanymi drzwiami znajduje się kuchnia, barek i mały stół, wszystko w kolorach bieli i drewna.
- Super- krzyczy zachwycona Bliss i rzuca się nq kanapę z impetem- Mamy najfajniejsze mieszkenie. Założę się.
Uśmiecham się i siadam na fotelu. Wszystkie moje mięśnie odprężają się, a gonitwa myśli uspokaja.
Bliss wstaje i podchodzi do prostych drzwi z ciemnego drewna. Zagląda do środka po czym szczerzy się do mnie.
- To chyba twój mówi- a ja wstaje i podbiegam do niej i łapie za klamkę. Otwieram drzwi i zaglądam do pomieszczenia. Jest odrobinę mniejsze niż mój pokój w Kansas. Ściany mają kolor zimnej bieli podobnie jak ramy łóżka i biórko. Pościel, narzuta i duży, ciągnący się przez całą ścianę regał wypełniony książkami są czarne jak smoła.
Niewidzę szafy.
Podchodzę do ściany i zauważam mały ukryty przycisk. Gdyby ktoś go nie szukał, nie byłoby możliwości go zobaczyć.
Wciskam go a regał się rozstępuje. Dosłownie. Dzieli się na dwie części. Patrzę w miejsce gdzie powinna być ściana. Nie ma tak jednak ściany.
Znajduje się tam garderoba trochę tylko mniejsza od sypialni. Po obu stronach ciągnął się wieszaki, póki szuflady z sukniami, spódnicami, koszulami, spodniami, płaszczami, kurtkami, bielizną i całymi tonami butów. Od czółenek i sandałków, po buty w stylu Bli, jej ulubione glany. Na ścianie naprzeciwko wisi wielkie lustro zajmujące całą jej powierzchnie. Po środku pomieszczenia stoi duża biała pufa potrafiąca z pewnością pomieścić minimum osiem osób.
Znajduję ukryte drzwi do łazienki w odcieniach czerni,szarości i bieli. Własna łazienka. Własna garderoba.
Nie jestem pewna czym sobie na to zasłużyłam.
°•°
- Zgłodniałam.
Po rozpakowaniu się, długiej rozmowie z Carą i rozpracowaniu kablówki siedzimy na kanapie i przy włączonym programie kulinarnym rozmawiamy o niezależności i dniu dzisiejszym. Od posiłku przed odlotem na lotnisku zjadłyśmy tylko orzeszki i wypiłyśmy butelkę wody.
Słyszę głośno burczący brzuch Bli. A może to mój brzuch?
- Tak. Zdecydowanie zgłodniałam.
- Ja też. Pierwsze Nowojorskie zakupy?
- A jak- odpowiada Bli z uśmiechem.
- Może najpierw prysznic? Przebierzemy się i pójdziemy wszystko obejrzeć?- proponuję.
Obie mamy na sobie dresy i rozciągnięte koszulki.
- Nie mogę się doczekać oglądania tego wielkiego miasta pełnego heavy metalowych przystoniaków. Achoj przygodo! - woła biegnąc do swojego pokoju o wyglądzie niemal identycznym jak mój. Jednak ona zamiast książek ma setki płyt.
Wchodzę do łazienki i ssuwam się po drzwiach na podłogę. Przykładam do twarzy ręce. Zrywam maskę. Wreszcie w domu. Nie pokazuję nikomu "mnie" prawdziwej. To jest zarezerwowane dla mnie i tyko dla mnie. Bliss też nie zna mojej drugiej natury. Prawdziwej natury. To smutna strona mojej osobowości.
Płacze i myślę o tym jak wiele łez może mieścić się w oczach kobiety.
Płacze i myślę po co właściwie to robię.
Płacze i myślę dlaczego właściwie to robię.
Nie wiem.
Wstaje z podłogii ocieram łzy. Zdejmuje z siebie dresy i koszulkę po czym pozbywać się neonoworóżowej bielizny. Patrzę w wielkie lustro i dostrzegam w nim dziewczynę z rozmazanym makijażem i bliznami na udach. Starymi na całym ciele i śladami po igle nawewnętrznej stronie łokcia.
Ta dziewczyna to ja. Te blizny to ja. Te ślady to ja. Niektóre z nich są stare, niektóre nie, a niektóre całkowicie nowe. Te właśnie chowam na udach. Nie chciałabym żeby Bliss się dowiedziała.
Kiedyś z tym skończę i nie będzie nic widać. Nie pozna się. A kiedyś na pewno skończę.
Ale naradzie nie jeszcze nie. Nie jestem gotowa.
Na szyi mam złoty łańcuszek.
Wchodzę pod prysznic i czekam na ciepłą wodę. Zimna woda jest zła. Zimno to symbol zła. W piekle jest zimno. Nie lubię zimy. Ani nic z tym związanego.
Gdy zaczyna lecieć ukrop wchodzę pod natrysk i czuję jak moja skóra się buntuje. Moja skóra nie lubi parującej wody. Tak mi się zdaje. Ale ona nie ma nic do gadania.
Namydlam się kokosowym płynem do ciała i rozkoszuję się moją pełną wybrzuszeń skórą. Badam ją opuszkami. Badam je opuszkami. Zachwycają mnie. Podobają mi się, choć niektórym ludziom może wydać się to głupie. Nigdy nie wstydził am się swojej przeszłości, lecz i tak z przyzwyczajenia noszę grube rajstopy i długie rękawy. Nosiłam takie aby nikt w szkole się nie dowiedział. Bałam się. Obchodziła mnie opinia ludzi. Już nie. Ludzie to pijawki. Wysysają z ciebie dobro i wrażliwość. Moją też wyssali. Została pustka. Pusta pustka.
Wychodzę zpod prysznica i wycieram się miękkim ręcznikiem. Mimo tego podrażnia moją spażoną skórę. Kiedy jestem już sucha przechodzi do garderoby i ubieram się w czarną, wygodną bieliznę, bluzkę przed pępek z NY Knicks, ciemne dziórawe dżinsy z wysokim stanem i pomarańczowe Lebrony. Spodnie zasłaniają mój brzuch. Nikt nie będzie wiedział jeżeli nie spojrzy uważanie na moją szyje. W moim mieście wszyscy już wiedzieli. Tu też będą wiedzieć ale postarał się to opóźnić.
Ramiona! Mam odsłonięte ramiona. Szybko narzucam na siebie dżinsową, krótką kurteczkę która, nawiasem mówiąc osłania całe moje ręce.
Maluję się, czeszę, wychodzę z mojego pokoju i wchodzę do salonu. Bli ma na sobie taką samą bluzkę, czarne zbyt krótkie spodenki i glany. Tyle że te są z pewnością niższe i bardziej błyszczące. Jej ubranie odsłania dużo dobrze wyrzeźbionego i szczupłe go ciała. Od czasu gdy się poznałyśmy sporo urosły jej piersi i w rzeczywistości w chwili obecnej ma większe niż ja, choć napewno Bóg nie obdarował mnie na zbyt chojnie. Jej widać pępek. I nieprzyzwoity czarny kolczyk. Bliss jest prawdziwą kobietą. Choć nadal jest za szczupła. A biust nadal nie jest proporcjonalny do jej wzrostu.
Bli uśmiecha się na widok mojej bluzki.
- Charaktery inne ale gust nadal taki sam.
Patrzę znacząco na jej glany.
- Wypraszam sobie. Mój jest nieporównywalnie lepszy.
- Poczekać tylko. Kiedy tylko będą ci pasować do stroju, założysz je.
Wybuchał śmiechem.
- Chyba śnisz- mówię, chic wiem że to prawda. Zrobiłabym wszystko dla mody. Bli dobrze o tym wie.
- Przecież cię znam współmieszkaczko.
- Idźmy na te zakupy.- przerywam.
Bliss podnosi do góry ręce i krzyczy:
- Masz rację! Mam ochotę na ostry podryw. - patrzy na mnie z udawanym zmartwieniem- Aby, jesteś gotowa podbić Nowy Jork?
- A jak myślisz?
°•°
Wracamy. Nowy Jork jest piękny. Lampy idealnie podkreślają urok Nowojorskich ulic pełnych nocą gwałcicieli, prostytutek i przestępców. Urocze miasto.
-Cycki, dupa, życie!- krzyczy Bliss, a ja wybucham śmiechem. To moja nie okiełznana, kochana Bliss.
-Nie wiem czy wyjdę z tobą kiedykolwiek na miasto, Bli. Nie wiem czy wytrzymam to psychicznie.
A ona łapie mnie za ramiona i krzyczy:
- Dasz radę kobieto!
Śmieję się z niej.
- A miłe panie na pewno nie są stąd, czy się mylę?
Drogę zastępuje nam dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ten który się odezwał, ma gęste, brązowe włosy i piękne głębokie oczy w kolorze...turkusu? Nie wiem, to dziwne oczy. Jego rysy są ostre wręcz doskonałe. Stworzony z matematyczną dokładnością. Jego ubrania są...są...jakby miał słabość do jakiejś stylistki i zapraszał ją codziennie do domu. I są bardzo drogie. Można zobaczyć to na pierwszy rzut oka. Choć może tylko mi jest tak łatwo. W końcu przez całe życie obracałam się wokół takich marek jak Prada i projektantów jak Armani. Wspomniany mężczyzna był dobrym przyjacielem mojego taty.
Drugi jest trochę niższy od Pana Doskonałego. Ma utleniane blond włosy postawione na żel i jest ubrany w podobny sposób. Wyższe sfery. Nasz poziom.
- Nie nie myli się pan i panie szukają dwóch dzielnych mężczyzn którzy pokażą im okolicę.- mówi Bli z szerokim uśmiechem.
- Nie, ale panie właśnie zmierzają do domu z zakupami z zamiarem zrobienia sobie obiadu.- mowie, nie ufam przystojnym mężczyznom. A szczególnie bogatym i przystojnym mężczyznom.
- A może my, wielce dzielni mężczyźni pomożemy paniom zanieść zakupy i zabrali je na obiad?- pyta Pan Doskonały nr2 z uśmiechem gwałciciela. Ach ten Nowy York.
Bliss chyba zauważa że coś jest nie tak i mówi od razu:
- Może kiedy indziej, naradzie idziemy na obiad- mruga do nich zalotnie po czym odwraca się do mnie z udawaną przerażoną miną, łapie za rękę i ciągnie w stronę mieszkania omijając mężczyzn. Ja wybucham śmiechem.
-Chyba polubie to miasto- mówię wciąż hichocząc. Bli patrzy na mnie jak na idiotkę.
- Odbiło ci!? Naprawdę się przestraszyłam- mówi z wyrzutem.
- Oj Bliss, raz odważna i głupia, innym razem tchurzliwa i rezolutna. Moja Bliss... Przecież nic sie nie działo- mrugam do niej.
- Ale ten uśmiech...- Bli wstrząsa się i wybucha śmiechem- ale mieli uśmiechy, nie? Jakbyśmy były ciastkami z nadzieniem czekoladowym!- śmiejemy sie idąc ulicą i choć dopiero przyjechałyśmy to czuje się jak u siebie.
Spacerkiem dochodzimy do naszego apartamentu i wchodzimy do holu.
- Panno Wersome, panno Showapart.- wita się z nami ochroniarz, wysoki, dobrze zbudowany brunet, z spokojnym i zdystansowanym uśmiechem.
- Panie Tomilson.- odpowiadamy i kiwamy głowami, po czym podchodzimy do windy w po wpisaniu kodu jedziemy do mieszkania znajdującego się na 76 piętrze. Droga jest dość długa ale czas umila nam Mick Jagger, wokalista Rolling Stons'ów. Znajdując się już u naszych drzwi wpisujemy wbrew pozorom dość prosty do zapamiętania kod i wchodzimy do środka.
- To co gotujemy, Księżniczko? - pyta Bli, a ja po krótkim zastanowieniu postanawiam zrobić pieczona bakietkę z łososiem, mozarellą i przyprawami.
°•°
- Czy myślisz że ten piekarnik ma auto wyłączanie? - pyta Bliss kiedy obie siedzimy na kanapie oglądając dość denne hiszpańskie telenowele.
- Dlaczego pytasz? - Bli już otwiera buzie kiedy ja przypominam sobie o bagietkach.
- Cholera! Cholera...cholera...cholera...- mówię biegnąc ile sił w nogach do kuchni.
Otwieram piekarnik, a gorąca i śmierdząca spalenizną para parzy mi nos.- Cholera! Bliss! Sprawdź gdzie jest najbliższa restauracja i bar! Idziemy się najeść i upić!
________________________________________________________________
Hej :) jeśli ktoś czyta to mógłby skomentować? Wierzcie że to daje kopa :) pisałabym dalej, a jak narazie to nie wiem czy pisać dalej czy sobie odpuścić :) a chciałabym kontynuować :) z góry dziękuję i mam nadzieje że jak narazie nie jest zbyt dużo błędów i da się czytać :)))
niedziela, 26 kwietnia 2015
Rozdział I
Moja świrolog Gena Wersome parska
śmiechem.
-Ależ nie, Abby. Kończymy terapię. Wiem z
doświadczenia, że taki wyjazd i nowy początek pomagają.
Z iskierką rozbawienie w oczach patrzy na
mnie spod grubych oprawek eleganckich okularów i wykonuje często u niej
zauważalny, dziwny i nienaturalny ruch ręką.
-Mi już nie trzeba pomagać. Mam się dobrze.
Mam wielu przyjaciół, znajomych. Jest Okej.
No dobrze, może trochę przesadzam. Mam
jedną przyjaciółkę. Bliss jest wysoką, "płaską" brunetką o
niewyraźnych, szarych oczach. Jesteśmy przyjaciółkami od II klasy gimnazjum.
Wtedy ode mnie, jednej z najbardziej znanych i lubianych osób w szkole
odwrócili się wszyscy. Dawna elita ludzi uprzywilejowanych by podziwiać mnie z
bliska i napawać się moją wspaniałością znalazła sobie inny obiekt adoracji.
Kiedy to mój były chłopak, Gus, stwierdził że nie ma nigdy ochoty oglądać na
oczy mnie, zwykłej i nie radzącej sobie z własnymi problemami ćpunki. Mój tata,
jedyny mężczyzna w moim życiu, który mnie szanował i znosił moje humory,
odszedł i został zakopany sześć stóp pod ziemią jak każdy inny pechowiec
któremu na środku drogi zaczął szwankować hamulec. Nic nie trzeba robić żeby umrzeć.
Żeby
żyć natomiast trzeba robić wiele rzeczy. Główną jest oddychanie. Ja nawet z tym
sobie nie radziłam.
I
wtedy kiedy wszyscy mnie opuścili i opuściła mnie nadzieja że wygrzebię się z
tego dołka do szkoły weszła ona.
Długi
czarny sweter sięgający do połowy uda, oliwkowa spódnica do kostek, wojskowe,
czarne, ciężkie buty, włosy jak siano, blada twarz bez kszty nawet podkładu.
Wiedziałam
że muszę się nią zaopiekować. W końcu to ona zaopiekowała się mną.
-
Słyszałam już tą gadkę Abby. Słyszałam też że Bliss wybiera się z tobą do
Nowego Jorku.
-
Ach, tak. Nie mogłaby mnie zostawić. Bliss jest taka kochana.
-
Możesz do mnie dzwonić kiedy będziesz miała jakiś problem. Wiesz co masz robić
kiedy najdzie cię ochota.
- Pamiętam. - w moim oku zakręciła się
łza-Gena, chcę ci podziękować. To co dla mnie zrobiłaś... Wiec że bardzo mu
pomogłaś i bez ciebie nie dałabym sobie
rady. Będę dzwonić.
-
Liczę na ciebie dziecko. Trzymaj się Bliss. Ma ona głowę na karku. Wyciągnie
cię z każdych tarapatów.
I
nagle z hukiem otwierają się drewniane białe drzwi gabinetu, a do środka wpada
wysoka, ubrana w swoje stare czarne glany, czarne obcisłe rurki, skórzaną
kurtkę i bordowy T-Shirt z logo Lirkin Park, z rozwianymi włosami do pasa
Bliss. Podchodzi do mnie w skrzypiących ciężkich butach, obejmuje mnie i
krzyczy do ucha:
-
Cześć Księżniczko- rozsiada się na krześle obok mnie i wyszczerza się do mnie.
-
O wilku mowa.- mówi świrolog do swojej bratanicy- skarbie, mogłabyś proszę
zdjąć z biurka nogi.
-
Nie ma sprawy ciociu.
-
Dziękuję- jest autentycznie wdzięczna.
-
Zawsze do usług- uśmiech nie schodzi jej z twarzy- Musimy się zbierać
Księżniczko. Wieczorem rodzice zawiozą nas na lotnisko. Mamy nocny lot.
Przynajmniej się wyśpimy. Pożegnajcie się i jedziemy. Trzeba się jeszcze
spakować.
Ale
ja już wstaje i podchodzę do Geny. Ściskam ją jak najmocniej się da i cicho
dziękuję. Bliss śmieje się i woła mnie z drzwi. Jeszcze raz ściskam ją i idę w
moich haberkowych czółenkach za nią. W drodze przez korytarz zakładam na siebie
beżowy płaszczyk od Armaniego i zapinam jeden guzik.
-
To co Księżniczko idziemy na lody?- pyta się nadal rozbawiona Bliss.
-
Po pierwsze, prosiłam cię żebyś tak do mnie nie mówiła. Po drugie, nie uważasz
że jest trochę za zimno na lody. Mamy z 10°C.
-
Czy naprawdę myślisz że jakaś głupia temperatura powietrza mogłaby mnie
powstrzymać przed zjedzeniem ostatniej porcji lodów u Henry'ego?
-
Masz racje, co mnie napadło?
-
Nie mam pojęcia.
Więc idziemy roześmiane do czarnego Audi.
Bliss siada za kierownicą a ja w fotelu pasażera. Otwieram lusterko i maluję
swoje pełne, różowe usta błyszczykiem. Oglądam swój idealny makijaż, a Bli
w tym czasie zapala samochód i włącza się do ruchu. Auto mknie gładko po
szosie.
Wkrótce
zajeżdżamy na mały parking przed kawiarnią Uncle Henry. Gdy wchodzimy do
budynku zerkam na swoje odbicie w szklanej szybie. Widzę w niej ładną, choć z
przy dużym nosem, dziewczynę ubraną w płaszczyk, delikatną białą koszulę przez
którą widać biustonosz z Victoria's Secret. Włożona jest ona w przewiewną
plisowaną spódniczkę sięgającą do połowy uda.
- Och, przestań. Przecież wiesz że kiedy razem
gdzieś wychodzimy to i tak wszyscy podziwiają mnie.
Śmiejemy się i wchodzimy do kawiarni.
Podchodzimy do stolika i siadamy. Ja po królewsku, prosto i delikatnie. Bliss
wręcz kładzie się na kanapie. Właściciel restauracji patrzy się na nas
spodełba.
-
Chyba nas nie lubi- chichoczę.
-
Właśnie dlatego tu przychodzimy- śmieje się- Pomyśl, czy nie byłoby nudno gdyby
był dla nas miły. Tak, chociaż mogę go denerwować.
Dziewczyna nagle wyjmuje z kieszeni
swojego Black Berry.
-
Halo?...Tak mamo, jesteśmy u Henry'ego....Jest zachwycony.-śmieje się
Bliss-...Ostatnia porcja lodów....Tak, po wyjściu wracamy do domu...Będziemy
się pakować...Tak mogłabyś...Dzięki...No cześć.
-
Co chciała Cara.- pytam z ciekawości. Zazwyczaj rodzice się o nią, nas nie
martwią.
-
Spytała się kiedy wracamy - w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie, wzrusza
ramionami- Uprasuje nam ubrania.
-
Miło z jej strony.- mówię.
-
Taa...
Zamawiamy
Niespadziankowy Kubełek i rozmawiamy, ale o 15 zaczynamy się zabierać.
-
Dowidzenia Henry, będziemy tęsknić! - krzyczymy wychodząc i biegniemy do
samochodu. Jedziemy do dzielnicy nowych, zadbanych domów bogatych rodzin
pokroju Wirsome'ów. Tata Bliss, Bob, dostał w stanach bardzo atrakcyjną ofertę
pracy. Bob jest kardiologiem i jest dobry w swoim zawodzie. Cara jest jednym z
najlepszych prawników w Kansas . Co tu dużo mówić. Bliss jest bogata. Ja jestem
bogata. Po śmierci taty zostałam oddana do domu dziecka co było
najokropniejszym doświadczeniem w moim życiu.Ale kiedy na scenę weszła Bli, a
jej rodzice po kilku miesiącach mnie adoptowali moje życie zmieniło się o 180°.
Wjeżdżamy
na podjazd i a kierowca parkuje w najdalszym zakątku parkingu. Wchodzimy
wejściem prowadzącym od garażu do drobnej kotłowni, a stamtąd do przedpokoju.
Zdejmuję płaszcz i wieszam go na wieszaku obok kurtki siostry Udajemy się do
salonu i witamy się z mamą. Następnie biorę na ręce Prezesa Wonsa, naszego czarnego,
puchatego i ciężkiego kota z białymi wąsami. Idę pięknymi, szerokimi schodami
do części sypialnianej. Cara po ciężkim porodzie Bliss nie może mieć więcej
dzieci, ja natomiast zajęłam pokój gościnny mieszczący się obok pokoju Bli. To
nam bardzo na rękę, choć i tak spędzamy cały czas w jej królestwie. Wchodzę do
mojego. Po prawej stronie szerokie, dwu osobowe łóżko z setką koronkowych
poduszek i pudrowo różowym baldachimem, przy jego dolnej części biała krótka
sofa obszywana także grubą koronką. Z prawej strony stoi białe biórko z białego
drewna. Obok niego znajduje regał z tysiącami książek. Naprzeciwka przez okno
zajmujące całą ścianę widać sadzawkę, girl i altankę po drugiej stronie domu.
Na prawej stronie ściany, którą zajmują drzwi wisi wielkie lustro i stoi
toaletka z toną kosmetyków. Obok regału mieszczą się ukryte drzwi do wspólnej
garderoby, mojej i Bliss, a z niej do dużej łazienki.
Rzucam
się na łóżko z Prezesem a on z piskiem ucieka pod biurko. Rozglądam się. Choć
nie długo dane mi było mieszkać w tym domu to będę za nim tęsknić.
Wsaję
i powoli udaję się do garderoby. W niej na podłodze siedzi już Bli i otwiera po
kolei wszystkie kieszonki walizki. Mój kot przemyka się pomiędzy moimi nogami a
ja zamykam drzwi obite jasno różowym zamszem. Bliss podnosi wzrok.
- Czy nie dało się zrobić jednej
kieszonki ja się pytam? Po co komu tyle miejsca?- mówi z wyrzutem a ja wybuchem
śmiechem. Jej walizka ma chyba z 10 przegrudek. Jest czarna w bordowe paski.
-
Zwariowali- mówię.
-
Ty masz o wiele fajniejszą Księżniczko, zobacz- wskazuje palcem na róg
pomieszczenia, a ja zauważam różową dużą walizkę z dwoma czerwonymi sercami w
lewym górnym rogu. Podchodzę do niej i zaglądam do środka. Dwie przegrody,
jedna duża na ubrania, a druga umacniana której przeznaczeniem
najprawdopodobniej są książki. Na dnie leży białe pudełeczko. Wyjmuję je
delikatnie.
- Co to?- pytam.
Bliss wzrusza ramionami.
-
Dostałam takie samo. Chciałam poczekać na ciebie z otwarciem. Siadaj.
Kucam naprzeciwko niej, a ona bierze
swoje zza pleców.
Powoli
podnoszę wieczko a moim oczom ukazuje się piękny złoty naszyjnik. Na delikatnym
a zarazem solidnym łańcuszku dynda zawieszka z wysadzanym jakimiś szlachetnymi
kamieniami dużym A. Siedzę oniemiała. Powoli zerkam na Bli. Trzyma ona łańcuszek
taki sam jak mój. Z tą różnicą że ona posiada literkę B.
-
Piękny- odzywam się pierwsza.
Dawno
nie widziałam jej tak zaskoczonej. Nie spodziewała się.
-
Wow- mówi tylko.
-
Bliss?- zera na mnie pytająco -zamieńmy się.
-
Dobrze. Tak. Dobry pomysł.- i podaje mi swój naszyjnik a ja wyciągam do niej
rękę z moim.
Gdy
łańcuszki mamy już zapięte na szyjach wybiegamy z garderoby do pokoju Bliss,
stamtąd na korytarz i do gabinetu Cary. Rzucamy się jej na szyję.
-
Wnioskuję z tego że walizki się podobają- śmieje się nam do uszu.
-
Owszem- odpowiadamy w tym samym czasie i chichoczemy. - Dziękujemy- mówimy znów
równocześnie i razem z Carą zaczynamy się śmiać.
-
To wspaniale bo zwrotów nie przyjmują- mówi.
Dziękujemy
jej jeszcze raz i udajemy się z powrotem do garderoby.
Pakujemy
połowę całej garderoby, cztery kosmetyczki, a ja wkładam do oddzielnej
przegrody sześć moich ulubionych książek.
Udajemy
się każda do swojego pokoju. Wrzucam jeszcze do bocznej kieszonki tabletki
antykoncepcyjne,trzy słoiczki witamin i mini kosmetyczkę. Przebieram się w
jasne dżinsy boyfriend, beżowy sweter i czarne skórzane botki. Podchodzę do
toaletki , kręce długie włosy o kolorze złota i spinam je w kucyk. Następnie
poprawiam makijaż i wychodzę z pokoju w tym samym czasie co Bliss.
Jest
ubrana w te same czarne dżinsy i koszulę w kratę w kolorach odcieni czerwieni,
na nogach ma wysokie, czarne skórzane i niesamowicie wygodne buty na klamerki
pod kolano. Włosy ma ułożone w z pozoru niechlujny kok, a na głowie ma
zawiązaną czerwoną bandame. Pod oczami ma ciemną kreskę, a usta czerwone jak
truskawki.
-
Wygląda pani bardzo seksownie, panno Wersome.- mówię.
-
Pani również panno Showpart- uśmiecha się do mnie.
Nie przyjęłam ich nazwiska ponieważ
chciałam aby chociaż to pozostało po tacie na tym świecie. To mój hołd złożony
dla niego.
-
Jest pani gotowa podbijać Nowy Jork?- pyta.
A ja odpowiadam.
-
Zdecydowanie.
Prolog
"Samotność to dziwna rzecz.
Zakrada się cicho i niepostrzeżenie. Siada obok ciebie w ciemności. Głaszcze
cię po włosach, kiedy śpisz. Owija się wokół twojego ciała i zaciska się tak mocno, że
brakuje ci tchu, że zamiera twój puls, choć krew płynie coraz szybciej. Dotyka ustami
miękkich włosków na twoim karku. Zostawia kłamstwa w twoim sercu, kładzie się w
nocy w twoim łóżku, wysysa światło z każdego kąta. Nie odstępuje cię na krok,
kurczowo trzyma cię za rękę tylko po to, żeby jednym szarpnięciem pociągnąć cię w
dół, kiedy usiłujesz się podnieść.
Budzisz się, nie wiedząc, kim jesteś. Zasypiasz, drżąc na całym ciele. Wątpisz
wątpisz wątpisz
czy jestem
czy nie jestem
czy mogę
czy mi wolno
A kiedy sądzisz, że jesteś gotów odejść, że jesteś gotów się uwolnić, zacząć od
nowa, samotność jak stary znajomy staje obok twojego odbicia w lustrze i patrząc ci
prosto w oczy, mówi: no dalej, spróbuj przeżyć życie beze mnie. Nie znajdujesz słów,
żeby bronić się przed samym sobą, przed głosem, który powtarza, że nie jesteś
wystarczająco dobry nigdy nigdy nigdy nie będziesz wystarczająco dobry.
Samotność to zgorzkniały, żałosny towarzysz.
Zdarza się, że po prostu nie odpuści."
Zakrada się cicho i niepostrzeżenie. Siada obok ciebie w ciemności. Głaszcze
cię po włosach, kiedy śpisz. Owija się wokół twojego ciała i zaciska się tak mocno, że
brakuje ci tchu, że zamiera twój puls, choć krew płynie coraz szybciej. Dotyka ustami
miękkich włosków na twoim karku. Zostawia kłamstwa w twoim sercu, kładzie się w
nocy w twoim łóżku, wysysa światło z każdego kąta. Nie odstępuje cię na krok,
kurczowo trzyma cię za rękę tylko po to, żeby jednym szarpnięciem pociągnąć cię w
dół, kiedy usiłujesz się podnieść.
Budzisz się, nie wiedząc, kim jesteś. Zasypiasz, drżąc na całym ciele. Wątpisz
wątpisz wątpisz
czy jestem
czy nie jestem
czy mogę
czy mi wolno
A kiedy sądzisz, że jesteś gotów odejść, że jesteś gotów się uwolnić, zacząć od
nowa, samotność jak stary znajomy staje obok twojego odbicia w lustrze i patrząc ci
prosto w oczy, mówi: no dalej, spróbuj przeżyć życie beze mnie. Nie znajdujesz słów,
żeby bronić się przed samym sobą, przed głosem, który powtarza, że nie jesteś
wystarczająco dobry nigdy nigdy nigdy nie będziesz wystarczająco dobry.
Samotność to zgorzkniały, żałosny towarzysz.
Zdarza się, że po prostu nie odpuści."
Tahereh Mafi
"Sekret Julii"
Subskrybuj:
Posty (Atom)