Moja świrolog Gena Wersome parska
śmiechem.
-Ależ nie, Abby. Kończymy terapię. Wiem z
doświadczenia, że taki wyjazd i nowy początek pomagają.
Z iskierką rozbawienie w oczach patrzy na
mnie spod grubych oprawek eleganckich okularów i wykonuje często u niej
zauważalny, dziwny i nienaturalny ruch ręką.
-Mi już nie trzeba pomagać. Mam się dobrze.
Mam wielu przyjaciół, znajomych. Jest Okej.
No dobrze, może trochę przesadzam. Mam
jedną przyjaciółkę. Bliss jest wysoką, "płaską" brunetką o
niewyraźnych, szarych oczach. Jesteśmy przyjaciółkami od II klasy gimnazjum.
Wtedy ode mnie, jednej z najbardziej znanych i lubianych osób w szkole
odwrócili się wszyscy. Dawna elita ludzi uprzywilejowanych by podziwiać mnie z
bliska i napawać się moją wspaniałością znalazła sobie inny obiekt adoracji.
Kiedy to mój były chłopak, Gus, stwierdził że nie ma nigdy ochoty oglądać na
oczy mnie, zwykłej i nie radzącej sobie z własnymi problemami ćpunki. Mój tata,
jedyny mężczyzna w moim życiu, który mnie szanował i znosił moje humory,
odszedł i został zakopany sześć stóp pod ziemią jak każdy inny pechowiec
któremu na środku drogi zaczął szwankować hamulec. Nic nie trzeba robić żeby umrzeć.
Żeby
żyć natomiast trzeba robić wiele rzeczy. Główną jest oddychanie. Ja nawet z tym
sobie nie radziłam.
I
wtedy kiedy wszyscy mnie opuścili i opuściła mnie nadzieja że wygrzebię się z
tego dołka do szkoły weszła ona.
Długi
czarny sweter sięgający do połowy uda, oliwkowa spódnica do kostek, wojskowe,
czarne, ciężkie buty, włosy jak siano, blada twarz bez kszty nawet podkładu.
Wiedziałam
że muszę się nią zaopiekować. W końcu to ona zaopiekowała się mną.
-
Słyszałam już tą gadkę Abby. Słyszałam też że Bliss wybiera się z tobą do
Nowego Jorku.
-
Ach, tak. Nie mogłaby mnie zostawić. Bliss jest taka kochana.
-
Możesz do mnie dzwonić kiedy będziesz miała jakiś problem. Wiesz co masz robić
kiedy najdzie cię ochota.
- Pamiętam. - w moim oku zakręciła się
łza-Gena, chcę ci podziękować. To co dla mnie zrobiłaś... Wiec że bardzo mu
pomogłaś i bez ciebie nie dałabym sobie
rady. Będę dzwonić.
-
Liczę na ciebie dziecko. Trzymaj się Bliss. Ma ona głowę na karku. Wyciągnie
cię z każdych tarapatów.
I
nagle z hukiem otwierają się drewniane białe drzwi gabinetu, a do środka wpada
wysoka, ubrana w swoje stare czarne glany, czarne obcisłe rurki, skórzaną
kurtkę i bordowy T-Shirt z logo Lirkin Park, z rozwianymi włosami do pasa
Bliss. Podchodzi do mnie w skrzypiących ciężkich butach, obejmuje mnie i
krzyczy do ucha:
-
Cześć Księżniczko- rozsiada się na krześle obok mnie i wyszczerza się do mnie.
-
O wilku mowa.- mówi świrolog do swojej bratanicy- skarbie, mogłabyś proszę
zdjąć z biurka nogi.
-
Nie ma sprawy ciociu.
-
Dziękuję- jest autentycznie wdzięczna.
-
Zawsze do usług- uśmiech nie schodzi jej z twarzy- Musimy się zbierać
Księżniczko. Wieczorem rodzice zawiozą nas na lotnisko. Mamy nocny lot.
Przynajmniej się wyśpimy. Pożegnajcie się i jedziemy. Trzeba się jeszcze
spakować.
Ale
ja już wstaje i podchodzę do Geny. Ściskam ją jak najmocniej się da i cicho
dziękuję. Bliss śmieje się i woła mnie z drzwi. Jeszcze raz ściskam ją i idę w
moich haberkowych czółenkach za nią. W drodze przez korytarz zakładam na siebie
beżowy płaszczyk od Armaniego i zapinam jeden guzik.
-
To co Księżniczko idziemy na lody?- pyta się nadal rozbawiona Bliss.
-
Po pierwsze, prosiłam cię żebyś tak do mnie nie mówiła. Po drugie, nie uważasz
że jest trochę za zimno na lody. Mamy z 10°C.
-
Czy naprawdę myślisz że jakaś głupia temperatura powietrza mogłaby mnie
powstrzymać przed zjedzeniem ostatniej porcji lodów u Henry'ego?
-
Masz racje, co mnie napadło?
-
Nie mam pojęcia.
Więc idziemy roześmiane do czarnego Audi.
Bliss siada za kierownicą a ja w fotelu pasażera. Otwieram lusterko i maluję
swoje pełne, różowe usta błyszczykiem. Oglądam swój idealny makijaż, a Bli
w tym czasie zapala samochód i włącza się do ruchu. Auto mknie gładko po
szosie.
Wkrótce
zajeżdżamy na mały parking przed kawiarnią Uncle Henry. Gdy wchodzimy do
budynku zerkam na swoje odbicie w szklanej szybie. Widzę w niej ładną, choć z
przy dużym nosem, dziewczynę ubraną w płaszczyk, delikatną białą koszulę przez
którą widać biustonosz z Victoria's Secret. Włożona jest ona w przewiewną
plisowaną spódniczkę sięgającą do połowy uda.
- Och, przestań. Przecież wiesz że kiedy razem
gdzieś wychodzimy to i tak wszyscy podziwiają mnie.
Śmiejemy się i wchodzimy do kawiarni.
Podchodzimy do stolika i siadamy. Ja po królewsku, prosto i delikatnie. Bliss
wręcz kładzie się na kanapie. Właściciel restauracji patrzy się na nas
spodełba.
-
Chyba nas nie lubi- chichoczę.
-
Właśnie dlatego tu przychodzimy- śmieje się- Pomyśl, czy nie byłoby nudno gdyby
był dla nas miły. Tak, chociaż mogę go denerwować.
Dziewczyna nagle wyjmuje z kieszeni
swojego Black Berry.
-
Halo?...Tak mamo, jesteśmy u Henry'ego....Jest zachwycony.-śmieje się
Bliss-...Ostatnia porcja lodów....Tak, po wyjściu wracamy do domu...Będziemy
się pakować...Tak mogłabyś...Dzięki...No cześć.
-
Co chciała Cara.- pytam z ciekawości. Zazwyczaj rodzice się o nią, nas nie
martwią.
-
Spytała się kiedy wracamy - w odpowiedzi na moje pytające spojrzenie, wzrusza
ramionami- Uprasuje nam ubrania.
-
Miło z jej strony.- mówię.
-
Taa...
Zamawiamy
Niespadziankowy Kubełek i rozmawiamy, ale o 15 zaczynamy się zabierać.
-
Dowidzenia Henry, będziemy tęsknić! - krzyczymy wychodząc i biegniemy do
samochodu. Jedziemy do dzielnicy nowych, zadbanych domów bogatych rodzin
pokroju Wirsome'ów. Tata Bliss, Bob, dostał w stanach bardzo atrakcyjną ofertę
pracy. Bob jest kardiologiem i jest dobry w swoim zawodzie. Cara jest jednym z
najlepszych prawników w Kansas . Co tu dużo mówić. Bliss jest bogata. Ja jestem
bogata. Po śmierci taty zostałam oddana do domu dziecka co było
najokropniejszym doświadczeniem w moim życiu.Ale kiedy na scenę weszła Bli, a
jej rodzice po kilku miesiącach mnie adoptowali moje życie zmieniło się o 180°.
Wjeżdżamy
na podjazd i a kierowca parkuje w najdalszym zakątku parkingu. Wchodzimy
wejściem prowadzącym od garażu do drobnej kotłowni, a stamtąd do przedpokoju.
Zdejmuję płaszcz i wieszam go na wieszaku obok kurtki siostry Udajemy się do
salonu i witamy się z mamą. Następnie biorę na ręce Prezesa Wonsa, naszego czarnego,
puchatego i ciężkiego kota z białymi wąsami. Idę pięknymi, szerokimi schodami
do części sypialnianej. Cara po ciężkim porodzie Bliss nie może mieć więcej
dzieci, ja natomiast zajęłam pokój gościnny mieszczący się obok pokoju Bli. To
nam bardzo na rękę, choć i tak spędzamy cały czas w jej królestwie. Wchodzę do
mojego. Po prawej stronie szerokie, dwu osobowe łóżko z setką koronkowych
poduszek i pudrowo różowym baldachimem, przy jego dolnej części biała krótka
sofa obszywana także grubą koronką. Z prawej strony stoi białe biórko z białego
drewna. Obok niego znajduje regał z tysiącami książek. Naprzeciwka przez okno
zajmujące całą ścianę widać sadzawkę, girl i altankę po drugiej stronie domu.
Na prawej stronie ściany, którą zajmują drzwi wisi wielkie lustro i stoi
toaletka z toną kosmetyków. Obok regału mieszczą się ukryte drzwi do wspólnej
garderoby, mojej i Bliss, a z niej do dużej łazienki.
Rzucam
się na łóżko z Prezesem a on z piskiem ucieka pod biurko. Rozglądam się. Choć
nie długo dane mi było mieszkać w tym domu to będę za nim tęsknić.
Wsaję
i powoli udaję się do garderoby. W niej na podłodze siedzi już Bli i otwiera po
kolei wszystkie kieszonki walizki. Mój kot przemyka się pomiędzy moimi nogami a
ja zamykam drzwi obite jasno różowym zamszem. Bliss podnosi wzrok.
- Czy nie dało się zrobić jednej
kieszonki ja się pytam? Po co komu tyle miejsca?- mówi z wyrzutem a ja wybuchem
śmiechem. Jej walizka ma chyba z 10 przegrudek. Jest czarna w bordowe paski.
-
Zwariowali- mówię.
-
Ty masz o wiele fajniejszą Księżniczko, zobacz- wskazuje palcem na róg
pomieszczenia, a ja zauważam różową dużą walizkę z dwoma czerwonymi sercami w
lewym górnym rogu. Podchodzę do niej i zaglądam do środka. Dwie przegrody,
jedna duża na ubrania, a druga umacniana której przeznaczeniem
najprawdopodobniej są książki. Na dnie leży białe pudełeczko. Wyjmuję je
delikatnie.
- Co to?- pytam.
Bliss wzrusza ramionami.
-
Dostałam takie samo. Chciałam poczekać na ciebie z otwarciem. Siadaj.
Kucam naprzeciwko niej, a ona bierze
swoje zza pleców.
Powoli
podnoszę wieczko a moim oczom ukazuje się piękny złoty naszyjnik. Na delikatnym
a zarazem solidnym łańcuszku dynda zawieszka z wysadzanym jakimiś szlachetnymi
kamieniami dużym A. Siedzę oniemiała. Powoli zerkam na Bli. Trzyma ona łańcuszek
taki sam jak mój. Z tą różnicą że ona posiada literkę B.
-
Piękny- odzywam się pierwsza.
Dawno
nie widziałam jej tak zaskoczonej. Nie spodziewała się.
-
Wow- mówi tylko.
-
Bliss?- zera na mnie pytająco -zamieńmy się.
-
Dobrze. Tak. Dobry pomysł.- i podaje mi swój naszyjnik a ja wyciągam do niej
rękę z moim.
Gdy
łańcuszki mamy już zapięte na szyjach wybiegamy z garderoby do pokoju Bliss,
stamtąd na korytarz i do gabinetu Cary. Rzucamy się jej na szyję.
-
Wnioskuję z tego że walizki się podobają- śmieje się nam do uszu.
-
Owszem- odpowiadamy w tym samym czasie i chichoczemy. - Dziękujemy- mówimy znów
równocześnie i razem z Carą zaczynamy się śmiać.
-
To wspaniale bo zwrotów nie przyjmują- mówi.
Dziękujemy
jej jeszcze raz i udajemy się z powrotem do garderoby.
Pakujemy
połowę całej garderoby, cztery kosmetyczki, a ja wkładam do oddzielnej
przegrody sześć moich ulubionych książek.
Udajemy
się każda do swojego pokoju. Wrzucam jeszcze do bocznej kieszonki tabletki
antykoncepcyjne,trzy słoiczki witamin i mini kosmetyczkę. Przebieram się w
jasne dżinsy boyfriend, beżowy sweter i czarne skórzane botki. Podchodzę do
toaletki , kręce długie włosy o kolorze złota i spinam je w kucyk. Następnie
poprawiam makijaż i wychodzę z pokoju w tym samym czasie co Bliss.
Jest
ubrana w te same czarne dżinsy i koszulę w kratę w kolorach odcieni czerwieni,
na nogach ma wysokie, czarne skórzane i niesamowicie wygodne buty na klamerki
pod kolano. Włosy ma ułożone w z pozoru niechlujny kok, a na głowie ma
zawiązaną czerwoną bandame. Pod oczami ma ciemną kreskę, a usta czerwone jak
truskawki.
-
Wygląda pani bardzo seksownie, panno Wersome.- mówię.
-
Pani również panno Showpart- uśmiecha się do mnie.
Nie przyjęłam ich nazwiska ponieważ
chciałam aby chociaż to pozostało po tacie na tym świecie. To mój hołd złożony
dla niego.
-
Jest pani gotowa podbijać Nowy Jork?- pyta.
A ja odpowiadam.
-
Zdecydowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz