niedziela, 3 maja 2015
Rozdział III
-Nie było aż tak źle, prawda?- pyta mnie blada jak ściana Bliss, która po dłuższym czasie wychodzi z łazienki.
-A bo ja wiem...-moją wypowiedź przerywa mi ostry ból głowy. Z wczorajszego wyjścia na obiad pamietam tylko drogę do niewielkiego baru w samym centrum Nowego Jorku. Mojego łososia, pieczeń Bliss i pierwszą kolejkę drinków. Po stanie mojej ukochanej współlokatorki mogę powiedzieć że wypiła dużo więcej ode mnie. Nie raz widziałem ją na kacu, ale nie na aż takim...
-Abby, czy może wiesz czyj to numer?- Bliss pokazuje mi swój telefon, na ekranie którego widnieje nieznany numer i liczba nieodebranych wiadomości. Jest ich 234 i 98 nieodebranych połączeń.
-Uuu, panno Wersome, widzę iż pani pozwoliła sobie wczoraj na delikatny flirt. Dlaczego pani, nie przeczyta wiadomości od tajemniczego wielbiciela.-dokuczam mojej przyjaciółce, a ona zerka na mnie wzrokiem typu "chcę cię zabić" i wyrywa mi z ręki swojego Black Berry.
-Na dziesiątej przerwałam- mówi Bliss chowając swoją głowę w jedwabnej, białej poduszce. W tym samym czasie wybucham śmiechem. Mocny ból głowy szybko znikną i naszła mnie nieopanowana ochota na przeczytanie tych sms' ów.
-Oj, skarbie wybacz mi.- kładę się obok Bliss. Głaszczę ją po głowie, a ta nie może się uchronić od znienawidzonego gestu przez swój stan-pożycz mi telefon, muszę coś sprawdzić.
-Przecież masz swój.-odpowiada mi bezuczuciowo.
-Ale nie chcę mi się po niego iść. Proszę- przeciągam ostatni wyraz, a ona wręcza mi swojego smartfona. Siadam naprzeciw niej. I otwieram pierwszą wiodomość od tajemniczego amanta.
-„Droga Bliss, ostatniej nocy dużo o nas myślałem. Kocham twój nieokiełznany charakter i dzikie oczy. Chcę cię jeszcze spotkać. Tylko twój, Joahn” Widzę droga panno Wersome że tylko twój John, stęsknił się za twoją nieokiełznaną dziczą.-śmieję się. Moja współlokatorka zakrywa twarz poduszką.
-Oddaj ten telefon. Drugi raz nie będę prosić.-grozi mi Bliss. Posłusznie wręczam telefon do jej reki i kieruję się w stronę łazienki. Muszę pójść na zakupy i kupić rzecz na obiad. Na początku się trochę ogarnę. Zdejmuję ubranie i wchodzę pod prysznic. Nie patrzę na swoje ciało. Nie mam ochoty na łzy. Chciałabym z tym skończyć, ale nie mogę. To jedyny sposób na pozbycie się problemów. One wypływają wraz z krwią. Chociaż nie. Nie oszukujmy się. To strach. Te blizny to strach, boję się innych. Chcę im powiedzieć o tym co czuję, ale się boję, więc robie to żeby sami zauważyli, a potem tego żałuję i koło się powtarza. Moje życie jest bez sensu, gdyby nie Bliss pewnie dawno by mnie tu nie było. Wychodzę spod prysznica i wycieram ręcznikiem swoje delikatne ciało. Zakładam na siebie stara rozciągnięta koszulkę w kolorze czarnym i zaczynam suszyć swoje włosy. Ta czynność zajmuje mi około 15 minut po czym upinam je w niedbałego koka. Szybko biegnę do garderoby i zamykam ją siadając na sofie. Przeglądam najróżniejsze ubrania i nie mogę się zdecydować co założyć. Ostatecznie ubieram się w jasne rurki, limonkową bluzkę, białe convers’y i dzinsową kurtkę z dresowymi rękawami i kapturem. Biorę swoją starą czarną torebkę na ramię i okulary przeciwsłoneczne. Powiadamiam Bliss że idę coś kupic, a ona tylko kiwa głową przerzucając kanały w telewizji. Wychodząc z mieszkania zamykam drzwi na klucz i na korytarzu spotykam naszą sąsiadkę pania Willson. Na oko ma osiemdziesiąt lat. Ciekawe co taka starsza pani robi w takiej bogatej dzielnicy. Wydaje mi się że jej jedynym towarzyszem życiowym jest jej pies na którego, jak zdążyłam zauważyc, woła Linki.
- Dzień dobry pani Willson.- mówię do niej z szerokim uśmiechem na twarzy, który ona odwzajemnia.
-Witaj panno- starsza pani zerka na moje drzwi, a potem na swoje. Brak tabliczki wprowadza ją w widoczne zakłopotanie.
-Och, nazywam się Abby Showpart, a moja współlokatorka to Bliss Wersome. Wprowadziłyśmy się tu wczoraj.
-Miło mi, zapewniam was że będzie się wam dobrze mieszkało.-powiadamia mnie moja sąsiadka i wchodzi do swojego mieszkania. Jej York plącze się pod nogami staruszki, która o mało nie potyka się o własne nogi, po chwili gada coś do Linkiego co powoduje u mnie delikatny chichot. Pani Willson wściekła zamyka drzwi swojego apartamentu. I znika z moich oczu za dębowymi drzwiami. Uśmiechnięta wsiadam do windy. Leci w niej denna muzyczka, która pomimo tego nie może wylecieć później człowiekowi z głowy. Żeby zagłuszyć denerwującą melodię włączam jakąś piosenkę w telefonie. Zaczynam ją nucić, gdy nagle do niej wbija pan przystojny. Kiedy go zobaczyłam zamarłam a nogi zrobiły mi się z waty. Najpierw odwraca się w stronę przycisków, a gdy zauważa że przycisk parteru jest włączona, odwraca się w stronę swojego towarzysza którym okazuję się ja. Niestety ja. Patrzy się na mnie i uśmiecha się pewnie siebie.
-Witaj koleżanko.
-Cześć-odpowiadam delikatnie speszona. Coś czuję że moja wielka Nowojorska przygoda dopiero się zaczyna.
-Gdzie się wybierasz?
-Idę na zakupy-odpowiadam sucho, bo nie ukrywam że delikatnie się boję pana przystojnego, zwłaszcza gdy jestem z nim sam na sam.
-Super, przejdę się z tobą, nie mam nic do roboty. To co, może opowiesz mi coś o sobie?- o nie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)